
Ze zbiorów Muzeum historycznego w Legionowie
Pisarz i poeta Wiktor Gomulicki w jednym ze opowiadań pt. „Chałat” zawarł wspomnienia ze swojego dzieciństwa, w tym podróż z Warszawy do Pułtuska. Jej trasa wiodła przez ziemie obecnego powiatu legionowskego. Natomiast przystankami były zajazdy w Jabłonnie, Zegrzu i Serocku

14 lutego 1919 roku w Warszawie. Pochowany został na Powązkach.
Austeria w Jabłonnie
Z kolejami i pocztą współzawodniczyli Żydzi, przewożąc towary i ludzi. Na bryce prowadzonej przez Joska Gomulicki udaje się w podróż w mroźną, grudniową noc. Opisuje woźnicę, współpasażerów i mijane miejsca. Tak o to przedstawia pierwszy przystanek, austerię w Jabłonnie:
„Odpoczynek w Jabłonnie pogodził mię częściowo z losem. Przez godzinę przeszło siedziałem w ciepłej izbie zajazdu, nie czując za sobą głowy cukru, nie widząc przed sobą rozczochranej głowy Joska i jego wielkiej, zatłuszczonej, obszarpanej czapy.
Tę izbę bardzo lubiłem. Wydawała mi się zawsze uroczyście piękna, niby sala w starym zamku, niby kaplica. O każdej porze roku i dnia panował w niej półmrok. To właśnie sprawiało ów nastrój uroczysty. Nie słyszało się tam nigdy krzyków pijackich ani wybuchów głośnego, mazurskiego śmiechu. Podróżni zachowywali się milcząco, przyzwoicie, powściągliwie, jak w poczekalniach kolejowych pierwszej i drugiej klasy.
Na „bufecie”, mrocznym, poważnym jak stalle kanonickie, stały wielkie ptaki wypchane. Za bufetem siedziała piękna, blada, dostojnie smutna kobieta. Wydawała służbie rozkazy, poruszając jedynie ustami: głosu jej nigdy nie zdarzyło mi się słyszeć. Otaczały ją naczynia dziwnych kształtów, ze srebra, brązu, kryształu; pęki suchych traw i kwiatów tkwiły obok niej w ciemnych wazonach, hipnotyzując swym sennym, sztywnym bezruchem. Dzwonek poruszany ręką tej kobiety wydawał dźwięki nadzwyczajne: brzmiał jękliwie, tajemniczo, nabożnie, jak północne dzwonienie, w pustelni Kamedułów...
Tak przynajmniej przedstawiało się to wszystko wówczas moim zmysłom i mojej wyobraźni. Nastrój podniosły wzmagały dwie okoliczności, bardzo odmiennego rodzaju.
Najpierw – całą Jabłonnę wypełniała dla mnie światowo-rycerska postać księcia Józefa Poniatowskiego. Z okna izby zajezdnej przyglądałem się bramie żelaznej wiodącej do jego niegdyś parku. Przy podjeździe leżały tam dwie olbrzymie kule kamienne; przez kratę było widać zwężającą się perspektywicznie aleję nagich, skostniałych od mrozu drzew parkowych. Zdawało mi się nieraz, że z mgły, przesłaniającej głębię parku, wysuwa się bez szmeru biały łabędź sani książęcych, a na nim młodzieniec w burce, z małymi na rumianej twarzy „bakenbardami”, z oczyma ciskającymi błyskawice...
Drugą podniecającą mnie okolicznością był fakt czy też pogłoska, że „austerię” w Jabłonnie trzymają dwie siostry – baletnice. Dla piętnastoletniego estety baletnica, ballerina, była czymś prawie nadziemskim. Zaprowadzono mnie raz do teatru na balet „czarodziejski” i wyrobiłem sobie wówczas przekonanie, że baletnica jest czymś pośrednim pomiędzy Mickiewiczowską Switezianką a Wergiliuszową Nimfą...
Ciemne, wysokie drzwi lekko skrzypnęły; ukazał się Josek, granatowy od zimna, w długiej, obszarpanej opończy, z wielkim biczem w ręce. Pokornie stanął przy progu, bicz z ręki do ręki przełożył, zakaszlał...
– Żymnooo... – wyrzekł przeciągle, drżąco, zwracając mowę razem do wszystkich i do nikogo. Nikt nie spojrzał nań nawet. Zaszurał ciężkimi buciskami, biczyskiem w podłogę zastukał – jakby dla zwrócenia na siebie uwagi.
– Żymnooo... Wielgie żymnooo – powtórzył nieco głośniej, ale zawsze z powściągliwą pokorą. Byłem domyślniejszy, czy też tylko naiwniejszy od swych głuchych i milczących towarzyszów: zrozumiałem, że przeziębły woźnica przymawia się o poczęstunek. Chętnie kazałbym mu podać herbaty gorącej z arakiem, kawał chleba z pieczenią... Cóż, kiedy był tak odpychająco brzydki, brudny, prostacki!
Odwróciłem się pośpiesznie do okna, aby nań nie patrzeć. Wytężonym, niecierpliwym wzrokiem upatrywałem książęcego łabędzia. Do Joska przystąpił służący – za ramię silnie go ujął.
– Tu Żydom nie wolno! – oznajmił głosem dobitnym.
– Nu, to sobie pójdę – rzekł woźnica z rezygnacją. – I proszę państwa na brykie – dodał,
obracając się do podróżnych. – Czas jechacz!”
Bryczka z podróżnymi skręca na północ, w stronę do Zegrza. Żeby rozgrzać się podczas podróży próbowano różnych sposobów. Jednym z nich były mocniejsze trunki.
„Zrobiło się trochę weselej. Ten i ów zaopatrzył się w Jabłonnie w świeży zapas „pocieszycielki”, więc znów dało się słyszeć miłe dla ucha gulgotanie płynów, przelewanych do gardła przez wąskie szyjki butelek.”
Przez las rosnący w miejscu dzisiejszego Legionowa pasażerowie docierają do następnego przystanku – Zegrza.

na pocztówce z ok. 1940 roku widzimy niemiecki most pontonowy z 1939 r.
Ze zbiorów Jacka Szczepańskiego
Karczma w Zegrzu
„W tej chwili bryka zatrzymała się przed dużym, murowanym budynkiem. Dojechaliśmy do Zegrza, który nazywano także, nie wiem dlaczego, Zagrobami. Ostatnia nazwa brzmiała zawsze w mych uszach żałobnie. Lubiłem to miejsce, lecz nie lubiłem zajazdu w nim. Miejsce było piękne, dla bliskości rzeki – ukochanej „błękitnej” Narwi mojej; zajazd wydawał się brzydkim, bo czuć go było zawsze wilgocią, stęchlizną, pustką.
Wszedłem do środka po to tylko, aby wypić, nie siadając, kilka szklanek osłodzonego ukropu z zapachem siana, po czym zaraz wybiegłem przed zajazd.
Zaraz za Zegrzem trzeba było przebyć rzekę. Dziś stoi tam most żelazny, wsparty na wysokich filarach; wówczas drewniane przęsła mostu leżały prawie na powierzchni wody. Gdy woda obniżała się, most wraz z nią zapadał, jakby w przepaść. Ta przepaść wydawała się tym głębszą, że brzeg był bardzo wysoki.
Nocą na dnie przepaści widziało się drżące światło olejnej, wiatrem chwianej latarni, a przy niej, w brudnożółtym kręgu światła, czarne, żywo poruszające się cienie. Dalej była otchłań, pocętkowana ułożonymi w zygzak, matowymi światełkami. Latem dochodził z dołu jękliwy plusk niewidocznej fali, z którym łączyło się niekiedy żałosne zawodzenie orylów, nocujących przy moście na tratwach.
Wjazd na most równał się wówczas skokowi w przepaść. Gdy już dopełniono wszystkich formalności i gdy z dołu nadbiegło hasło, że „szlaban” podniesiony, konie ruszyły z kopyta, a nabierając na stromej pochyłości wielkiego rozpędu, wpadały na most jak wicher. Latarnia, ludzie przy niej, domek poborcy, słupy szlabanowe migały jak cienie – potem wszystko nagle nikło, uspokajało się i nic już nie było słychać prócz miarowego, powolnego dudnienia kopyt na drewnianym pomoście oraz plusku wody, piosenki orylskiej i rechotania żab...

Ze zbiorów Jacka Szczepańskiego
Szalenie lubiłem te zjazdy – choć łączyły się ze strachem okropnym i choć przed każdym z nich żegnałem się, jakbym szedł na śmierć pewną...
I teraz odbyło się wszystko zwykłym trybem – z tą jedynie różnicą, że muzykę letniej nocy zastąpił przeraźliwy, dzwoniący, szczękający i zgrzytający klekot bryki żydowskiej.”
I tak w tę grudniową noc Wiktor dociera do Serocka...
Zajazd w Serocku
W Serocku czekał na „gości” znany dobrze kilku pokoleniom podróżnych właściciel zajazdu z „numerami”, mąż niezłomnych przekonań, który latem i zimą, w piątek i świątek, o południu i o północy na zapytanie: „Co jest do jedzenia?” – odpowiadał twardo:
–Jest pieczeń z kapustą.
Mówiono, że ogromny zapas tej pieczeni z kapustą nabył wraz z zajazdem od swego poprzednika i przez lat kilkanaście częściowo go wyprzedawał. Był to zarazem eks-obywatel i eks-krawiec, człek sztywny, mrukliwy, z wielką, łysą głową nieruchomo na karku osadzoną. Pod nosem miał dwie kępki rudawo-siwych, szczecinowatych włosów, które nieustannie szczoteczką przeczesywał. Ponieważ dopełniał tego za „bufetem”, dokąd brudna dziewka przez drzwi uchylone wsuwała talerze z gorącymi „porcjami”, zawsze pieczeń, prócz kapusty, przysmaczana bywała jakimś rudawosinym dodatkiem.
Farmaceuta był widocznie spraw tych świadomy, gdyż zamawiając jedzenie ze szczególnym naciskiem rozkazał:
– Włosy oddzielnie!...
Podwójny tytuł eks-krawca i eks-obywatela wydawał się niejednemu zagadką. Żadnej jednak zagadki w tym nie było. Krawiec na rzemiośle swym, w Warszawie prowadzonym, dorobił się dużych pieniędzy, a mając przez długie lata do czynienia z wszelkiego rodzaju „stanami” wyobraził sobie, że przy odpowiednim majątku i stan obywatelski będzie doń pasował. Znaleźli się tacy, co go utwierdzili w tym przekonaniu i właścicielem dóbr zrobili. Wyszedł z nich rychło „o kijku”, a za okruchy fortuny, cudem ocalone, zrobił się właścicielem zajazdu z numerami oraz niewyczerpanych zapasów pieczeni z kapustą.

Jako pamiątka po „obywatelstwie” pozostała mu jedynie chęć (daremna, niestety) zadzierania wąsów do góry. Warsztatowych nawyknień zachował więcej, a objawiały się one głównie w sposobie obchodzenia się z „ gośćmi”. Gdy zbliżał się do kogo z zapytaniem: „Czym mogę służyć?... Jest gotowa pieczeń z kapustą...” Czynił to tak, jakby miał brać miarę na surdut lub kamizelkę. Podawał jedzenie ruchem szybkim, energicznym, jakby wbijał igłę w twardy materiał; przy zabieraniu zaś próżnego talerza gwałtownie cofał ramię, jakby z „gościa” nić długą wyciągał.
Znałem ten zajazd lepiej niż wnętrze swej teki uczniowskiej. Dziś jeszcze mógłbym powiedzieć, jakie rośliny doniczkowe zieleniły się w niewielkich okienkach jego izby gościnnej, długiej, wąskiej, niskiej, do której wchodziło się „bokiem”, z bramy brukowanej, po kilku, również brukowanych stopniach. W samym końcu stał niewielki, żółty „bufet”; na nim, pod szklanymi pokrywami, schły i pleśniały odwieczne przekąski. Za plecami eks-krawca, podczesującego rude wąsy, widać było szafeczkę oszkloną z butelkami, które on nieustannie to wyjmował, to wstawiał na powrót.
Obok był „pokój damski”, znacznie mniejszy, z okrągłym stołem na jednej nodze i meblami wyściełanymi – razem poczekalnia przejezdnych niewiast i bawialnia gospodarstwa. Odpoczywały tam kobiety podróżujące w towarzystwie dorosłych i dorastających panienek oraz zupełnie małych dzieci. Przez uchylone drzwi widziało się zawsze piramidy pakunków, słyszało głośne, cienkie śmiechy i płacz niemowląt. W pokoju damskim czyniła posługę żona eks-krawca; nie zanoszono tam nigdy nic więcej, prócz herbaty, kawy białej i bułeczek z masłem.
Dość lubiłem i ten zajazd, i jego właściciela. Gdyby mię jednak spytano: co mi się tam najbardziej podobało? Odrzekłbym bez namysłu, że... Rycina wisząca wprost środkowego okna, obok drzwi, zawsze zamkniętych i nie wiadomo dokąd prowadzących. Ta rycina była kolorowym, poczerniałym przez czas sztychem angielskim, wykonanym podług rysunku Orłowskiego. Przedstawiała cesarza Pawła odwiedzającego Kościuszkę w więzieniu.
Za każdą bytnością w zajeździe długie chwile przed starym sztychem wystawałem. Tym razem jednak nieszczęsny bohater i nieszczęsny monarcha na próżno dawali mi znaki porozumienia...
(...) Spałem długo; sny miałem przyjemne. Zbudziło mię silne kołatanie w okiennicę, któremu towarzyszył chrapliwy, niewyraźny bełkot. Rozróżniłem z trudnością słowa: „siadacz...”, „jechacz...”.
Podał Krzysztof Kołodziejczyk

Napisz komentarz
Komentarze