
[email protected]
Szczególnie uderzyło ją zachowanie przewodniczącego i innych osób siedzących na przedzie prezydialnego stołu. Nieustanie pouczali oni i silili się na żarty z tych siedzących na drugim jego końcu. Ci natomiast próbowali zadawać pytania i składali różne wnioski, które jednak w większości były lekceważone. Niejednokrotnie można było też usłyszeć z ust tych „starych wyjadaczy” - „jest pan nowy, najwyraźniej nie wie pan na czym polega ta praca”.
Z kolei jegomość, wyglądający w tym gronie na szefa wszystkich szefów, bez najmniejszej żenady tłumaczył, że ktoś kto jest w opozycji nie może liczyć na to, że jakiekolwiek jego wnioski zostaną zaakceptowane. Ba, twierdził nawet, że i mieszkańcy z obwodu tego radnego powinni wiedzieć, iż nie będzie u nich żadnych inwestycji. A więc, jeśli ktoś nie jest z tym lokalnym bonzem, to ani on, ani wyborcy którzy go wybrali, nie mogą na nic liczyć. Mówił, że tak właśnie rozumie demokrację.
Wszystko to działo się przy milczącej aprobacie siedzącej na sali większości. Większość ta, właściwie nigdy nie zadawała żadnych pytań. Nawet wtedy, kiedy chodziło o przeznaczenie na coś kilkunastu milionów publicznych pieniędzy. Ożywiali się tylko, podobnie jak przysłowiowe „psy Pawłowa”, reagujące na zapalenie się czerwonej lampki, wtedy kiedy otrzymywali znak do głosowania. Wtedy karnie podnosili w górę ręce.
O przepraszam, przypomniałem sobie jeden przykład, kiedy wywiązała się długa dyskusja, w której głos zabierali niemal wszyscy po kolej. Wtedy był czas na pytania i dysputy. Ale o co chodziło... - już nie pamiętam. Po prostu, była to jakaś, na prawdę, błaha sprawa...
ML
Napisz komentarz
Komentarze