
[email protected]
Jak często słyszymy, inni radni decydują się na podobny krok dopiero wtedy, gdy zostaną na przykład ujęci na gorącym uczynku albo zatrzymani za kierownicą po spożyciu alkoholu. Są i tacy, którzy pomimo trafienia za kratki nie zamierzają z niczego rezygnować. W końcu za bycie radnym, co w wielu przypadkach sprowadza się do siedzenia raz w miesiącu przez kilka godzin przy stole i co jakiś czas na komendę podnoszenia ręki, dostaje się diety, czyli 1500 – 2000 zł miesięcznie.
Ale nasz radny to człowiek zaangażowany, interesujący się tym nad czym się głosuje, zadający pytania i walczący o interesy mieszkańców. Dlatego tym ciekawsze są powody zrzeczenia się przez niego mandatu. Otóż okazuje się, że zaczęto blokować wszelkie jego inicjatywy na rzecz mieszkańców, utrudniano mu działalność i wykluczano go, dlatego że miał inne zdanie niż władze. Jak możemy przeczytać w jego oświadczeniu, okazało się, że niezależność i posiadanie własnego zdania, w radzie naszego miasta, nie są cechami pożądanymi.
Jednak słyszeliśmy już wcześniej, że jeśli radni zabrali głos albo zagłosowali niezgodnie z oczekiwaniami prezydenta, niemal natychmiast zmieniano budżet i wycofywano inwestycje, które miały być realizowanie w ich okręgach wyborczych. Prezydent zresztą publicznie mówił, iż właśnie tak, rozumie demokrację. A mianowicie, że opozycja nie ma nic do gadania, a jej postulaty oraz propozycje inwestycji nie będą po prostu realizowane.
Jednym słowem obecnie rządzący uważają, że w radzie miasta nie ma miejsca dla takich, którzy myślą inaczej lub choćby mają wątpliwości i zadają pytania. Zamiast nich wolą młodych, niedoświadczonych i podporządkowanych sobie ludzi, mających być może kompetencje do organizowania koncertów disco polo, zbierania zakrętek do butelek albo występowania w szkolnych teatrzykach, ale nie do decydowania o zagospodarowaniu przestrzennym miasta czy wielomilionowych inwestycjach. Najwyraźniej więc wracamy do tego, co było już wcześniej i co powinni znać choćby z książek historycy.
W latach 1952 – 1983 funkcjonowała w Polsce instytucja pod nazwą Front Jedności Narodu. Uczestniczyła ona w przygotowaniu i przeprowadzaniu wyborów do Sejmu i rad narodowych. Przede wszystkim jednak posiadała ona monopol na wystawianie list wyborczych. W praktyce to ta instytucja, będąca przybudówką Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, decydowała kto w ogóle może startować w wyborach. I dbała o to, aby na listach wyborczych nie znalazł się nikt kto może mieć inne zdanie.
Zdaniem jej przedstawicieli było to słuszne. Czy podobnie myślą władze naszego miasta i popierający je radni?
ML

Napisz komentarz
Komentarze