Jesteśmy na półmetku kadencji, jak by ją Pani podsumowała?
– Jeśli chodzi o całą Radę Miasta, to jednak jakieś podziały w niej są. Każdy z nas dba o załatwienie problemów mieszkańców ze swoich okręgów. Jeżeli chodzi o moje działania to uważam za bardzo poprawne i wręcz udane. Pomijając wymalowane pasy dla pieszych, montaż progów zwalniających w pobliżu tzw. „szczytów 100-tek”, naprawy nawierzchni chodników na ul. Husarskiej, stwarzających zagrożenie dla pieszych, to udało się też załatwić dwie siłownie plenerowe dla mieszkańców. Ale ciąg dalszy realizacji inwestycji nastąpi, jako że będą w tym roku wykonane dwa boiska pomiędzy pocztą a Faktorią. Jedno to będzie boisko do piłki nożnej ze sztuczną nawierzchnią i piłkochwytami. Natomiast obok będzie boisko wielofunkcyjne, do siatkówki i do kosza. Przybędzie zieleni i posadowione zostaną ławeczki. Zapewne będzie to jedno z ładniejszych miejsc w Legionowie. Również w tym roku zostanie wykonana modernizacja ulicy Husarskiej, łącznie z chodnikami na odcinku od ronda „Husarska” do ul. Jana III Sobieskiego.
Czasami trudno jest „zdefiniować” byłych członków klubu Nasze Miasto Nasze Sprawy, czy w chwili obecnej bliżej Pani do koalicji rządzącej czy opozycji?
– Powiem tak, używanie słowa opozycja w obecnej sytuacji w naszej Radzie Miasta trochę mnie śmieszy. Bo jaka to opozycja, jak jest w niej zaledwie kilka osób? Przecież w każdym momencie ta większość „łyka” tą mniejszość. I to jest logiczne. Słowo opozycja jest sztucznym podkreślaniem tego, że ktoś jest inny. Owszem, można mieć inne zapatrywania i poglądy, ale Bozia po to dała język, żeby w drodze perswazji dochodzić do wspólnych rozwiązań. Nie może oczywiście brakować konsekwencji i uporu. Przecież władzy wcale nie trzeba kochać, tylko trzeba z nią się dogadywać i ją szanować.
Mam rozumieć, że zalicza się Pani do takiego neutralnego grona?
– Oczywiście, że tak. Jak najbardziej! Działam wyłącznie dla ludzi i cieszy mnie, kiedy uda mi się dla nich coś załatwić, tym samym spełniając ich oczekiwania.
Minęło już trochę czasu od Pani głośnego, ale jednak dla zwykłych mieszkańców wciąż tajemniczego rozstania z NMNS. Co było tą przysłowiową „kością niezgody” w Pani przypadku?
– Polityka prowadzona przez prezesa Bogdana Kiełbasińskiego uległa radykalnej zmianie. W drodze perswazji, artykułowałam głośno swoje odmienne zapatrywania. No niestety, nie byłam słuchana, a metody działania jakimi zaczęto się posługiwać absolutnie mi nie odpowiadały. Stowarzyszenie ma swoje miejsce w znaczeniu już historycznym w naszym mieście, jednak uważam, że uległo ono zawłaszczeniu. Zapewne do takiego stanu rzeczy przyczynili się niekoniecznie dobrzy doradcy prezesa. Uważam ten rozdział jednak za zamknięty. Życzę im wszystkiego najlepszego, na czele z ich prezesem. Póki co, jestem w swoim nowym stowarzyszeniu „Nasze Legionowo” i tu czuję się dobrze.
W niedawnym wywiadzie dla naszej gazety, Olga Muniak, startująca z listy wyborczej stowarzyszenia NMNS, bardzo źle oceniła ludzi, którzy wystąpili z klubu NMNS zarzucając Wam brak lojalności wobec tego stowarzyszenia. Jak ocenia Pani tego typu komentarze?
– Pan wybaczy, ale to już mnie przerasta. Bo kto jak kto, ale ta Pani żadnym prawem nie powinna oceniać nas, a przynajmniej mojej skromnej osoby. Przecież to ja byłam w komitecie założycielskim tego stowarzyszenia i ja pracowałam na jego sukces. Natomiast Pani Muniak była tylko „z doskoku”, chociaż na bilbordach widniała. Nie ukrywam żalu, że na wyborczych bilbordach stowarzyszenia zabrakło dla mnie miejsca, tym bardziej, że miałam niesamowicie trudnego przeciwnika w swoim okręgu. Ku zdziwieniu wielu osób, nie załatwiłam sobie żadnego wyborczego bilbordu, a wystarczyć mi miały jedynie plakaty i ulotki. Zresztą pocieszałam się, że „co Bóg da to będzie”. Wbrew rzeczywistości i tak pewnie co niektórzy myślą, że stowarzyszenie NMNS pomogło mi się dostać do Rady Miasta, czemu oczywiście absolutnie zaprzeczam.
To jednak brak lojalności wobec stowarzyszenia i zarządu nie był tutaj najważniejszą sprawą przy Pani głośnym rozstaniu?
– Trudno mi to określić, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zapewne duży wpływ na sytuację miał agresywny charakter „polityki” prowadzonej przez prezesa. Poza tym nie odpowiadała mi zasada, że „niby razem, a jednak niekoniecznie”. Sprawa wcześniej wspomnianych bilbordów wiele wyjaśnia, tym bardziej, że o fakcie dowiedziałam się otrzymując kilka telefonów od zacnych ludzi z miasta. Już wtedy zwracano mi uwagę, że nie powinnam sobie pozwolić na takie traktowanie. Tak, było to ewidentne świństwo i nieuczciwa gra! Pozostało rozgoryczenie, niesmak i to wszystko. Tym bardziej, że nie zwykłam prowadzić walki z wiatrakami czy kopać leżącego. Ja kocham ludzi, co pozwala mi szybko się odzyskać i mobilizuje do prowadzenia następnych działań, aby osiągać zamierzone cele.
A jak Pani, jako ta „neutralna radna”, postrzega wypowiedzi prezydenta Smogorzewskiego skierowane do opozycji w stylu „Psy szczekają, a karawana idzie dalej”. Czy tego typu wypowiedzi powinny w ogóle padać na sesjach Rady Miasta?
– No niestety, nieraz w niektórych momentach, słysząc wypowiedzi radnych, użyłabym dużo mocniejszych stwierdzeń (śmiech). Prezydent sobie świetnie radzi. Jest tylko człowiekiem i też może przesadzić jakimś słowem. Ja bym się nie czepiała takich potyczek słownych, które są przecież prowadzone po obydwu stronach. Nikt z nas nie ma monopolu na wiedzę i mądrość.
Kluczowym tematem Pani byłego stowarzyszenia NMNS jest sprawa ciągłego dogęszczania zabudowy miasta. Kiedy w końcu radni powiedzą głośne STOP dla dogęszczania zabudowy miasta?
– Trzeba podejść do tego uczciwie, sumiennie i z wielkim zastanowieniem. Nie dajmy się zwariować. Jeżeli chodzi o ul. Broniewskiego to jest ogromny teren. Na prawdę, sama mieszkam na zagęszczonym osiedlu Sobieskiego, akurat mój blok jest naprzeciwko sąsiedniego bardzo blisko. Dlaczego ktoś inny ma mieć taką rozwartą przestrzeń, za którą ja też mam płacić? A tam jest tyle terenu, że ten blok się zmieści i jeszcze dużo pięknego, rekreacyjnego terenu zostanie. I z tego co słyszałam, to mieszkania w tym zaplanowanym bloku zostały już dawno sprzedane. Jak „ciepłe bułeczki” poszły. I co? Najwięcej mieszkań chcą nabyć dzieci mieszkańców bloku, który najgłośniej protestuje! To jest na zasadzie kija, który ma dwa końce. A Pan Kiełbasiński, kiedy w 2007 roku był uchwalany miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego dla tej działki był wówczas radnym i jakoś problemu nie zauważył. Teraz mieszka w zupełnie innej, odległej części miasta i nagle protestuje i przedstawia się, jako obrońca spółdzielców, którym to spółdzielcą już od 2008 roku przestał być.
A czy za zasadne uważa też pani chociażby plany prezesa Rosiaka, który na miejscu zielonego skwerku przy ul. Piłsudskiego naprzeciwko kościoła chce postawić coś na wzór „inwestycji Anat”?
– Mieszkańcy mnie o tą sprawę od czasu do czasu pytają. Jednak nie wiem nic na ten temat. Ale gdyby faktycznie były takie plany, to tutaj bym się zastanowiła. Tak samo jak był spór co do zabudowy działki przy kanałku na osiedlu Sobieskiego, gdzie wojewoda unieważnił naszą uchwałę. Tam również ten teren powinien być typowo rekreacyjny dla mieszkańców.
Dostrzegłem na mediach społecznościowych, że zalicza się Pani do przeciwników wprowadzenia aglomeracji warszawskiej w miejsce naszego powiatu według założeń posła Sasina. Czy jednak ten cały szum medialny spowodowany głośną reakcją samorządowców nie był Pani zdaniem za wczesny?
– Już dzisiaj w mediach pojawiły się informacje, że prezes Kaczyński dołoży wszelkich starań, aby to zostało załatwione. To nie szum medialny, ale moim skromnym zdaniem, działania pożądane nastąpiły. Bo uśpić to nie trudno, tyle tylko, że później przy wstawaniu mogą pojawić się trudności, no i można się o coś potknąć. Tak w ogóle, to ja jestem „elementem napływowym”, ale 28 sierpnia tego roku minie już 37 lat jak mieszkam w Legionowie. I proszę mi wierzyć, że jak pierwszy raz przyjechałam do tego miasta na taki rekonesans, żeby zobaczyć, gdzie przyjdzie nam mieszkać, to ogarnęło mnie przerażenie. Pytałam Pana Boga, czym ja się naraziłam i za co mnie karze? To był koszmar. W centrum drewniany, cuchnący dom handlowy. Tak było! Ale później, na moich oczach to miasto się rozwijało, rozbudowywało i piękniało. Teraz z podniesionym czołem nie wstydzę się powiedzieć, że mieszkam w pięknym, moim Legionowie.
Jak Pani ocenia działalność mediów samorządowych, mam tu na myśli np. „Miejscową”, czy media powinny być w rękach władzy?
– Trudne i niezręczne pytanie. Jednak media nie powinny być w rękach nie tylko lokalnej, ale generalnie żadnej władzy. W zasadzie na naszym rynku lokalnym nie brakuje niezależnych mediów, w których nie brakuje też napastliwego wręcz tonu. Nie oszukujmy się, jest to pewnego typu wyścig na sensację. Media nie powinny być tendencyjne i z całą pewnością powinny zostać niezależne, czyli takie, gdzie obie strony konfliktu powinny na ich łamach znaleźć swoje miejsce.
Rozmawiał Dariusz Burczyński

Napisz komentarz
Komentarze