Najpierw usłyszeliśmy trzy utwory z epoki baroku. Tytuł jednego z nich: Bataglia (Bitwa) mógłby śmiało stanąć na czele dwu pozostałych. Wszystkie ilustrowały jakby zmagania bitewne. W kurzu bitew niknęły wszelkie szczegóły. Rozbrzmiewał niekończący się szereg masywnych akordów pędzących bez wytchnienia do niewiadomego celu. Frazy zlewały się w gęstą, niezróżnicowaną lawinę, co było równie niekomunikatywne jak mowa kiepskiego mówcy, nie respektującego kropek i przecinków.
Takie wrażenie odniosłem w legionowskim kościele Świętego Ducha. W świątyni wieliszewskiej, dysponującej organami zdecydowanie lepszymi, nudziłem się mniej. Polifonia owych trzech barokowych dzieł stała się nieco bardziej uchwytna.
Szczęściem nie poprzestano na baroku. Wkroczyliśmy w wiek XIX i dały się słyszeć Preludium, fuga i wariacje Cezara Francka, arcydzieło oparte na przepięknym temacie – melodyjnym, delikatnym, melancholijnym, będącym owocem najczystszego natchnienia. Ustała grzmiąca gmatwanina i zaczęła się prawdziwa muzyka – medytacyjna, modlitewna, jakby adorująca Hostię. Tym razem wykonaniu nie można było nic zarzucić; frazowanie, rysunek melodii, finezja szczegółów – wszystko jak trzeba.
Następnie zaprezentowano cztery opusy o programowych tytułach: preludia chorałowe Mała różyczka wzrasta i Świecie, muszę cię opuścić (Brahms), preludium chorałowe Pod opieką Anioła Stróża (Somma) oraz Allegro z Symfonii gotyckiej (Widor). Tytuł drugiego z kolei preludium Brahmsa kazał się spodziewać muzyki utrzymanej w nastroju rozpaczy. Jednakże majstersztyk niemieckiego kompozytora wyrażał coś innego. Nie tyle pożegnanie ze światem, co refleksję, iż życie było piękne.
ANTONI KAWCZYŃSKI
Fot. MOK Legionowo

Napisz komentarz
Komentarze