MACIEJ LERMAN
[email protected]
Proceder ten jednak jest stary jak świat i stosowano go w różnych kulturach i systemach władzy. Zazwyczaj miał się najlepiej tam, gdzie rządy były autorytarne, dyktatorskie albo wręcz takie, które śmiało można by nazwać tyranią. Nepotyzmowi nie było też zwykle po drodze z demokracją i rządami prawa. Dlatego jest on czymś powszechnym w zacofanych krajach Afryki oraz w kilku państwach położonych na wschód od Bugu.
U nas więc, w Europie – nie powinno go być. Ale gdy przyjrzeć się naszym samorządom często okazuje się, że w urzędach zatrudnieni są krewni wójtów, burmistrzów i prezydentów. Jeśli nie w tych macierzystych placówkach, to na przykład w sąsiedniej gminie albo sąsiednim powiecie. Dobrym miejscem do rozdawania synekur są także spółki komunalne. Tam rodziny przywódców, radni i ich krewni dostają ciepłe posadki nie wymagające na dodatek ani wielkiego wysiłku, ani jakichkolwiek kwalifikacji. W ręce krewnych i ludzi z tzw. układu trafiają także na preferencyjnych warunkach działki, mieszkania i lokale usługowe.
Osobną sprawą jest obsada stanowisk w urzędach oraz podległych samorządom placówkach, a szczególnie w oświacie. Najczęściej nie liczą się kwalifikacje ale inne względy. W jednej z gmin naszego powiatu, wójt np. wymienia dyrektorów szkół i placówek opieki zdrowotnej. Jednych dlatego, że nie chcieli zatrudniać rodzin radnych, a innych bo akurat ma kogoś znajomego na ich stanowisko. Inni nasi włodarze nie są lepsi.
Nie przejmują się przepisami i nie obawiają porażek w sądach. Odszkodowania za niesłuszne i niezgodne z prawem rozwiązanie umowy o pracę zapłacą przecież nie oni lecz podatnicy. Za to wdzięczność zatrudnionych po tzw. „układzie”, może być bardziej wymierna.
Dlatego dotychczasową definicję nepotyzmu można zastąpić inną, bardziej zrozumiałą. Zgodnie z nią, nepotyzm to po prostu – sposób obsadzania stanowiska i udzielania innych korzyści w jednostkach samorządu.
ML

Napisz komentarz
Komentarze