Przy biegnącej wzdłuż terenu fabrycznego ulicy Ołówkowej stała kamienica zamieszkiwana przez pana Leszka i jego rodzinę. Domostwo było nieskanalizowane. Pod względem zaspokajania potrzeb fizjologicznych sytuacja mieszkańców nie była komfortowa, w lokalach wucetów nie uświadczyłeś, lokatorzy musieli zadowolić się podwórzowym wychodkiem, solidnym, murowanym, lecz co począć, jeśli ktoś miał sraczkę? W przypadku rodzinki, o której mowa, spełniało się porzekadło: szewc bez butów chodzi. Do tego paradoksu dodajmy drugi, wersję wyrażającą tę samą myśl, lecz stosowniejszą: hydraulik zmuszony był „chodzić za stodołę”. On, jego żona i dzieci. Gdy Krystyna i Wojtek doszli do pełnoletności, zrodził się w ich umysłach projekt dokonania „pałacowego” przewrotu cywilizacyjnego: zainstalować w mieszkaniu WC, przybytek z sedesem i rezerwuarem do spuszczania wody, urządzenie, dzięki któremu nie trzeba będzie „za stodołę chodzić”. Rodzeństwo sprowadziło hydraulików, zaczęły się roboty. Ojciec obserwował profesjonalnym okiem krzątaninę kolegów po fachu, czynił uwagi, ale palcem nie ruszył, by pomóc. W tym konserwatyście nowoczesne „szykany” nie budziły entuzjazmu. Gdy wspomniano o mieszkańcach bloków, rymował pogardliwie: mają sranie w porcelanie. Przy ogólnokrajowym niedoborze wody „moczenie dup w wannie”, jak się pan Leszek wyrażał, jest czymś wielce niepożądanym. Tak więc, co się tyczy głównego lokatora, modernizacja siedziby przy ulicy Ołówkowej ani go grzała, ani ziębiła.
Młody Marceli mieszkał niedaleko, na Klonowej, równoległej do Ołówkowej. Jego dom nr 22 już w trakcie wznoszenia murów wyposażono w ubikacje, ale sąsiednia kamienica nr 24 przypominała czasy króla Ćwieczka; mieszkańcy korzystali ze wspólnego tezolku. Używamy słowa wynalezionego przez bohaterkę powieści Nałkowskiej Granica. W uszach głównej kobiecej postaci słowo klozet brzmiało obcesowo, zbyt „realistycznie”, więc odwróciwszy kolejność liter nawiała: tezolk. Zdanie: „Idę do tezolku” nie urażało psyche wstydliwej dziewicy.
Tezolk posesji nr 24 znajdował się przy płocie odgraniczającym podwórza, toteż Marceli – przebywając w pokoju z oknem wychodzącym na owo pogranicze – świadom był uczęszczania do tezolku. Korzystający z niego, by nie dotykać klamki, zatrzaskiwali za sobą drzwi. Każde trzaśnięcie wstrząsało nerwami naszego bohatera.
Matka Marcelego zawarła znajomość z mieszkanką sąsiedniego budynku. Dwie starsze panie spotkały się raz w sklepie i nudę stania w kolejce rozpraszały pogaduszkami. Matrona z pobliskiego domu poinformowała matkę Marcelego: „Remont chałupy zakończony, chwała Bogu, mamy teraz w mieszkaniach klozety. Zakątek, gdzie stoi sedes, nie jest niestety odizolowany murowaną ścianką, a tylko zasłoną z tkaniny, toteż jedynie my, ja, mąż i córka, korzystamy z tego tronu. Gościom, kiedy uczują potrzebę, dajemy klucz od sracza podwórzowego. Nie mogę przecież dopuścić, żeby mi w mieszkaniu robiono smród!”
A.K

Napisz komentarz
Komentarze