Według autorki tekstu, odsądzającego nas od czci i wiary, tej kosmicznej budowli nie wypada nazywać dworcem. Są tam przecież także 2 parkingi, ulica, wiaty przystankowe, kasa, poczekalnia, kiosk i postój taksówek – a więc, jej zdaniem, to nie jakiś tam dworzec tylko już „Centrum”. Centrum Komunikacyjne – to o wiele więcej niż kasa i poczekalnia – grzmiała autorka tekstu. Dalej dowiedzieliśmy się, że Multimedialna Strefa Obsługi Pasażerów to nie tylko biblioteka, ale również scena na 150 osób. Scena zapewne po to, aby można było obchodzić na niej, jak w filmie Stanisława Barei pt. „Miś”, „uroczystości z okazji dnia pieszego pasażera”. Ponadto ma tam być, cokolwiek miałoby to znaczyć, szybki dostęp do multimediów i prasy, a także parking i połączenia drogowe.
Idąc tym tropem, świetlicę, w której jest 5 stolików, gazeta, telewizor, kilka książek oraz warcaby, do wypożyczenia, można by nazwać hipernowoczesnym, wielokulturowym, centrum kongresowym wyposażonym w strefy: mediów analogowych, technik audiowizualnych, rozrywki oraz gier planszowych. Natomiast szalet publiczny na dworcu, wyposażony w okienko do wydawania papieru oraz megafon, powinien nosić nazwę – audiowizualnej strefy obsługi podróżnych, z szybkim dostępem do wydzielonej podstrefy realizacji podstawowych potrzeb osobistych. Z kolei panią dbającą o czystość w takiej strefie należałoby nazywać już „pisuardessą”.
Jak widać, dla niektórych szumne aczkolwiek mało zrozumiałe nazwy są ważniejsze od tego, aby obiekt taki jak dworzec po prostu spełniał swoje podstawowe funkcje. Wydaje się, że w takim miejscu najważniejsze jest to, aby można było kupić bilet oraz schować się przed deszczem. Dlatego w najbardziej rozwiniętych krajach świata coraz częściej dworce są kameralne, oszczędne w formie, ale schludne i funkcjonalne, a przede wszystkim tanie i łatwe w utrzymaniu. Co innego u nas. Obiekt musi być duży i błyszczący, żeby było się czym pochwalić. Kosztami rządzący się nie martwią, bo ... i tak zapłacą mieszkańcy.
MACIEJ LERMAN

Napisz komentarz
Komentarze