W Legionowie dostrzegam, przynajmniej dwóch ludzi, którym śmiało można by przypiąć łatkę Goldfingera. O jednym z nich chciałbym w tym miejscu wspomnieć. Wedle ostatniego oświadczenia majątkowego jest nim szczęśliwy posiadacz domu z działką, kolejnych kilku działek, dużego lokalu w centrum Legionowa o łącznej „zadeklarowanej” wartości ponad 4 mln zł (według innych wyliczeń wartość tych nieruchomości może być nawet dwukrotnie wyższa) i rocznych kilkusettysięcznych przychodów. Co prawda ów milioner deklaruje, iż posiadane dobra to współwłasność małżeńska, ale i tak wychodzi całkiem pokaźny życiowy dorobek! I tak, od pucybuta do milionera, a wszystko to na samorządowej posadzie. Majętność i chwytanie każdej nadarzającej się sposobności, aby jeszcze więcej zarobić, to podstawowe motto, którym kieruje się Goldfinger. Drugie, to umiejętność tworzenia okazji umożliwiających powiększanie posiadanych dóbr. Nawet wtedy, kiedy takiej okazji nie ma. Okazuje się, że również i tę umiejętność nasz lokalny Goldfinger opanował do perfekcji.
Tak bowiem przypomina się sprawa nieco wcześniej złożonego oświadczenia majątkowego przez legionowskiego Goldfingera, w którym to nie ujawnił on zakupu drogocennego zegarka. Mało tego, w toku prokuratorskiego postępowania ów bohater nie pamiętał dokładnie, gdzie dokonał tego zakupu. Co dziwne, nie wziął też za niego rachunku pomimo, że zapewne pozbawił się przez to gwarancji. Zegarka nie mógł też zbadać rzeczoznawca ponieważ... uległ on nieszczęśliwemu i całkowitemu zniszczeniu – anihilacji. A tego masakrycznego dzieła dokonał 4-letni wówczas syn naszego Goldfingera. W rezultacie śledztwo umorzono.
I tak oto, po kilku latach mamy kolejne niejasne sytuacje, które sprokurował nie kto inny, jak nasz bohater. Sprawa doprowadzenia do bezprecedensowej sytuacji na skalę kraju, gdzie miejska spółka sprzedaje gminną nieruchomość bez zgody Rady Miasta, to istny „majstersztyk”. Jednak talenty biznesowe Goldfingera w tym samym czasie bywają bardziej pokrętne i dalekosiężne. Bo, czy ktokolwiek wpadłby na pomysł, aby miejską przepompownię ścieków zamienić w bank przynoszący wielotysięczne coroczne dochody? Jak się okazuje, ktoś na to wpadł i był nim nie kto inny, jak nasz Goldfinger. Mało tego, najprawdopodobniej nabywając spółdzielczy lokal po kosztach, a spłacając go pieniędzmi uzyskanymi od banku, który ten lokal od niego wydzierżawił. To kolejne mistrzowsko rozegrane biznesowe posunięcie! Szkoda tylko, że wszystko i tak odbywa się kosztem, chyba nie do końca świadomych, mieszkańców. Ale jak to powiadają niektórzy: „Czemuś głupi – boś biedny? Czemuś biedny – boś głupi?”. Nasz Goldfinger wręcz przeciwnie – nie głupi i nie biedny.
DARIUSZ BURCZYŃSKI
fot. pixabay.com

Napisz komentarz
Komentarze