Władze miasta Legionowo, aby uciszyć głosy krytyków, którzy zarzucają im ciągłe dogęszczanie zabudowy miasta i jednocześnie sukcesywne likwidowanie terenów zielonych, wymyśliły akcję, która ma poprawić ich nadszarpnięty wizerunek. Nazwali ją - „Dogęszczamy zielenią”...
Nazwa akcji piękna, ze wszech miar słuszna i godna poparcia. W jej ramach miasto ma zakupić 50 tys. sadzonek: sosen, brzóz, lip i dębów w celu rozdania ich mieszkańcom. Prezydent, który wcześniej twierdził, że nie istnieje w ogóle takie coś, jak dogęszczanie miasta, teraz wyraził nadzieję, że będzie to jedyna akcja dogęszczania, o której będzie się mówić w Legionowie.
I wszystko pięknie. Jest tylko jedno ale. Czy jedną propagandową akcją można przykryć wszystkie działania władz, które doprowadziły i nadal prowadzą do zmiany wizerunku miasta. Trzeba przypomnieć, że w ramach tzw. „rozwoju” rozkopano i zniszczono już większość wydm i sosnowych zagajników, które znajdowały się na terenie Legionowa. Przy okazji wycinano drzewa jak w tartaku i w ogóle nie zajmowano się ochroną przyrody. Przez pierwszych 16 lat rządów miastem obecnej ekipy nie ustanowiono ani jednego pomnika przyrody. Twierdzono bowiem, że takie pomniki mogą przeszkadzać w realizacji inwestycji. Dopiero 2-3 lata temu, zaczęto zwracać uwagę na stare drzewa i takie pomniki ustanawiać.
Władze miasta cały czas wspierały i wspierają nadal budownictwo mieszkaniowe nazywane przez niektórych „patodewelokoperką”. W jej ramach, w środku osiedli domów jednorodzinnych na niewielkich i zabetonowanych po wycięciu drzew działkach, powstają szeregowce. Nie byłoby to możliwe bez zmian w uchwalanych przez gminę planach zagospodarowania przestrzennego, które pozwalają na coraz intensywniejszą zabudowę oraz coraz mniejszą powierzchnię biologicznie czynną. Innymi słowy, wszystko niemal można wyciąć i coraz większą powierzchnię można zabetonować.
Warto również przypomnieć, że władze przez lata nie karały tych, którzy niszczyli w mieście przyrodę i wycinali nielegalnie drzewa. Były przypadki, że zwalniano takich delikwentów, nawet złapanych na gorącym uczynku, od płacenia kary. Ostatnio na szczęście się to zmienia. W innych przypadkach zwalniano inwestorów, którzy byli zobowiązani do nasadzeń zastępczych za wycięte drzewa i pielęgnowania posadzonych drzew przez 3 czy 5 lat. Posadzone drzewa usychały, a miasto umarzało wcześniejsze zobowiązanie.
Na koniec trzeba wspomnieć, że według naukowców, jedno dorosłe, duże drzewo, produkuje więcej tlenu i zatrzymuje więcej wody niż 1500-1700 młodych, nowo posadzonych drzewek. Tymczasem w naszym mieście za wycięte jedno duże drzewo często inwestorzy zobowiązani są do posadzenia tylko 1- 2 nowych drzewek. A tak naprawdę powinny to być tysiące. W dodatku są to najczęściej specjalnie szczepione drzewka, o cienkich pniach i niewielkich kulistych koronach, które dużo większe nigdy nie urosną. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że nie są one wystarczającą rekompensatą za te drzewa, które są wycinane.
Dlatego tak jak wspomniałem, cel akcji jest szczytny, jednak 50 tys. sadzonek małych drzewek nie jest w stanie zrekompensować zniszczeń, które powstają codziennie w czasie realizowania kolejnych inwestycji. Przyjmując, że jedno duże drzewo może zastąpić dopiero 1500 nowych, cała akcja przestaje wyglądać już tak spektakularnie. Okazuje się bowiem, że te 50 tys. jest w stanie zrekompensować zaledwie 33 wycięte duże drzewa.
Paweł Szyling
Reklama
Reklama

Napisz komentarz
Komentarze