Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
czwartek, 4 czerwca 2026 02:11
Reklama
Reklama
Wieczne ścibolenie w wiecznej promocji (73)

Nie szukałem guza

Latami wlokąca się budowa Dworca Centralnego. Czynne były tylko dwa perony, do których schodziło się po drewnianych, prowizorycznych stopniach. Dziurawy płot oddzielał martwy teren budowy od ulicznego chodnika, nierównego, pełnego błotnistych dołków. Śpieszący do pociągu ludek starał się omijać kałuże, ale że w tłumie możliwości manewru są ograniczone, niejeden raz spod nieostrożnie postawionej stopy trysnęła fontanna błota.
W drodze do drewnianej hali dworcowej poczułem raptem wilgoć na karku. Obejrzałem się odruchowo, a idąca za mną młoda kobieta spuściła oczy pod moim wzrokiem. Po chwili, gdym już tego przechodnia płci żeńskiej stracił z oczu, zrodziło się we mnie straszliwe podejrzenie: a jeśli to nie była pojedyncza kropla? A może opryskano mnie błotem od stóp do głów? Wykręciłem szyję i – rzeczywiście, dolna część palta popstrzona. A góra?
Przez dziurę w płocie przelazłem na plac budowy, gdzie nic się nie działo i mogłem bez skrępowania zdjąć kapotę. Przeraziłem się: cały tył zachlapany wstrętnym tłustym błockiem. Mrucząc przekleństwa pod adresem babsztyla jąłem czyścić przyodziewek, rozmazywać raczej plamy rękawem, bo cóż mogłem w tych warunkach zdziałać?
Wśród owych czynności usłyszałem: – Co pan tu robi?!
Tuż obok stał milicjant. Ton jego pytania, spojrzenie, jakim mnie obrzucał, były srogie, nieprzychylne, podejrzliwe.
Ja, nie przerywając roboty: – Płaszcz sobie czyszczę – odburknąłem.
Patrzył jeszcze kilkanaście sekund, wreszcie wyczułem jego odejście.
Tak się żyło w tamtych czasach. Życie codzienne pasmem przykrości, uciążliwości, a gdyś był poszkodowany, czepiano się ciebie na dokładkę. Zbyt pochopnie uogólniam? Możliwe, ale cóż, punkt widzenia zależy niekiedy od stopnia zabłocenia.
Dzień wyborów. Nie zamierzałem głosować, więc z rodzinnego Pruszkowa machnąłem się do Warszawy. Należało się spodziewać, że wynajęci przez partię naganiacze zakołatają do naszego mieszkania, by wziąć mnie do galopu. Musiałbym się tłumaczyć, dlaczego zwlekam ze spełnieniem obywatelskiego obowiązku. Stąd ta ucieczka do stolicy. Po obejrzeniu Trzech sióstr we Współczesnym ruszyłem w kierunku dworca. Ale nie Marszałkowską. Zbyt ruchliwa i jaskrawo oświetlona. Wybrałem boczne, pustawe, słabo oświetlone ulice. Gliniarz wyrósł jak spod ziemi. Jeszcze raz skonstatowałem, że zapuszczanie się na bezludzie, kierowanie się ku pustce w nadziei, że tam spokój, jest zawodne. „Skąd pan wraca?” „Z teatru.” Oddawszy mi dowód powiedział dobranoc. Nieskłonny byłem podskakiwać, wykonałem jego polecenie, gdy umyślił sobie mnie wylegitymować, odpowiedziałem na jego pytanie nie odważywszy się warknąć: „A co to pana obchodzi?” W tym tylko sobie ulżyłem, że owo życzenie dobrej nocy zostało przeze mnie zignorowane. Podjąłem wędrówkę ku stacji nie odpłacając uprzejmością za uprzejmość.
Podobny przypadek podczas stanu wojennego. Wychodzę z księgarni Wojskowej, mojego ówczesnego miejsca pracy. Krakowskim Przedmieściem wali pochód. Epizod wojny polsko-jaruzelskiej. W głębi ulicy ukazali się czatujący na manifestantów mundurowi. Czym prędzej skręciłem w uliczkę obok Hotelu Europejskiego. A tu wojsko wynurzające się z bram i w mgnieniu oka blokujące chodniki i jezdnię. Cudem uniknąłem zgarnięcia.
...Wartownik wyskoczył z krzaków celując we mnie automatem. Moja przechadzka po lesie w pobliżu bazy wojskowej wydała mu się podejrzana. Intruza, co nie szukał guza – spisano. W oczach oficera czytałem: „Wyglądasz mi na szpicla.” Cudem uniknąłem odtransportowania do komendy.
Nie szukałem guza, szukałem spokoju, a szukając spokoju omal nie nabawiłem się guza.    

A.K


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

NAJNOWSZE E-WYDANIE
Mazowieckie To i Owo nr 49
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama